Królowa jest tylko jedna. I Queen Mary 2 jest ostatnią Królową epoki, która już minęła. Jest ostatnim liniowcem transatlantyckim, który przywraca do życia, to, co dawno już nie istnieje… I kiedy wchodzę na jej pokład, aby po raz kolejny przemierzyć Atlantyk, przekraczam granicę czasu…
To ostatni prawdziwy transatlantyk. Zbudowany po to, aby bezpiecznie przepłynąć ocean, stawić czoło ogromnym falom i pozostać niewzruszonym.
W epoce pośpiechu i szybkiego przemieszczania się po świecie Queen Mary 2 proponuje: zwolnij, usiądź, poczekaj, ciesz się z czasu… Czas to luksus. A droga z Europy do Ameryki może potrwać kilka dni, a nie kilka godzin, i nie jest to czas stracony.









Po raz dziewiąty i dziesiąty przepłynęłam Atlantyk na tym wspaniałym legendarnym liniowcu. I za każdym razem jest to niesamowite przeżycie. Przeżycie, które uzależnia. I kiedy opuszczam ten statek, jest mi zawsze tak strasznie żal….
O moich wcześniejszych podróżach na pokładzie Queen Mary 2 możecie poczytać tutaj: Podróż Retro przez Atlantik

A co robiłam zza Oceanem? Sporo się działo, więc tak w skrócie:
- świętowałam urodziny – 250-lecie niepodległości Stanów Zjednoczonych oraz setną rocznicę otwarcia legendarnej Route 66, przemierzając ją ponownie z Chicago do Santa Monica;







- po raz trzeci zeszłam do Wielkiego Kanionu (i wróciłam na górę oczywiście ;-)) – tutaj znajdują się moje wcześniejsze wpisy dot. wędrówek w dół Wielkiego Kanionu;

- zwiedzałam znane mi już parki narodowe i poznawałam nowe;


- liczyłam na spotkanie z UFO w Nevadzie ;);

- przejechałam ponownie Highway 50, czyli The Loneliest Road in America (tutaj impresje z pierwszej podróży);


- spędziłam dużo czasu z pieskami preriowymi i o mało co nie stałam się kolacją kojota w Dolinie Śmierci… Ale o tym przy kolejnej okazji.

