Drogowskaz - Galdhopiggen
Podróże

Galdhøpiggen – wędrówka na najwyższy szczyt Skandynawii

Szczyt Galdhøpiggen: 2469 m n.p.m.

Mój czas: 12 godzin

Start i meta: Schronisko Spiterstulen 1104 m n.p.m., góry Jotunheimen, Norwegia

Szczyty, które się pokonuje, aby wejść na Galdhøpiggen: Svellnose 2272 m n.p.m. – trasa przechodzi nieco pod szczytem oraz Keilhaus topp 2355 m n.p.m. – tutaj jest strome, często oblodzone podejście na szczyt, zejście zaś po kamieniach.

Lodowiec: Styggebreen

Svellnose 2272 m npm

Właściwie mieliśmy nocować w miejscowości Lom i dopiero wczesnym rankiem dotrzeć do schroniska i stamtąd wyruszyć na szlak. Ale po to są plany, żeby je zmieniać. Po zrobieniu zakupów w Lom, pospacerowaliśmy po miasteczku i powolutku ruszyliśmy wieczorem do Spiterstulen. Trasa do schroniska prowadzi najpierw po drodze 55, a ostatnie 17 kilometrów to droga prywatna i płatna, a do tego wąska i z wertepami. Przy wjeździe znajduje się szyld, z którego wynika, że dla kamperów raczej się ona nie nadaje, ale opłaty są podane ;) – za kampera 100 koron. W sumie ta informacja to chyba dla wielkich i luksusowych kamperów, pewnie na wszelki wypadek. Tak czy inaczej przy schronisku znajduje się stellplac – parking dla kamperów z możliwością noclegu, z którego i my skorzystaliśmy (opłata 160 koron). Do schroniska dostać się można również autobusem z Lom.

Na wąskiej drodze nie byliśmy sami, spotkaliśmy oczywiście krowy z dzwonkami i owce, które były zdania, że mają pierwszeństwo, a jakże ;). Kiedy dotarliśmy do schroniska, położonego w pięknej, szerokiej dolinie nad rzeką w kolorze lodowego błękitu, ostatnie promyki słońca oświetlały szczyty nagich, wysokich gór. W ogóle widok parkingu i wielość namiotów nas zaskoczyły. Parking pełen samochodów, a po obu stronach rwącej rzeki porozbijane kolorowe namioty.

Schronisko Spiterstulen - widok ze szlaku

Nam udało się znaleźć miejsce dla kampera i od razu poszliśmy do schroniska zapłacić za drogę i miejsce na nocleg. A w chacie było tak przytulnie: ciepło, trzaskający ogień w kominku, zapach drzewa, wygodne fotele. Nic tylko się w nich zapaść ;) Jeszcze raz upewniliśmy się, jaka będzie pogoda: clear sky – i wróciliśmy do kampera. Włączyliśmy ogrzewanie, zaparzyliśmy herbatę i przytulnie przy grach spędziliśmy wieczór.

Następnego ranka wstaliśmy wcześnie. Na niebie nie było żadnej chmurki. Powietrze było ostre i zimne. Szyby samochodów i namioty pokryte były szronem. Ruszyliśmy na szlak z wieloma innymi piechurami. To, że nie będziemy jedynymi, wiedzieliśmy. Ale dla takich widoków! Pogoda była wspaniała i już po kilkudziesięciu metrach zaczęliśmy się rozbierać z warstw wierzchnich.

Dolina przy schronisku Spiterstulen

Wejście na Svellnose 2272 m npm

Aby wejść na Galdhøpiggen, trzeba pokonać dwa inne dwutysięczniki: Svellnose i Keilhaus topp, co oznacza, że mamy kilka podejść i zejść, zanim staniemy przed ostatnim, właściwym, podejściem na szczyt.
Szlak początkowo przebiega stromym zygzakiem po kamienistej ścieżce. Szybko zyskuje się na wysokości i po krótkim czasie osiąga się bezdrzewną strefę. A tam skały, skały, skały i wszystkie kończyny są jak najbardziej pomocne w zdobywaniu kolejnych kamieni i pięciu się stromo na pierwszy szczyt. Już wtedy wiedziałam, że droga powrotna zajmie mi więcej czasu niż innym. Ale ja tak mam. O ile wchodzi mi się po takim morzu kamieni bardzo dobrze, o tyle zejście jest dla mnie zwykle trudniejsze i zabiera mi więcej czasu niż innym. Ale co tam. Przecież to nie są zawody, chociaż obserwując biegających czy skaczących wprost po skałach Norwegów, miałam takie wrażenie.

Nie mogło zabraknąć wełnianek :)

Kamienie i śnieg

Pola śniegowe na szlaku

Po drodze nieco zaskoczyło mnie, że niektórzy piechurzy mieli podpięte do plecaków podkładki do zjeżdżania po śniegu. Czy oni naprawdę mają zamiar zjeżdżać z lodowca, który będziemy mijać na szlaku? To, że trafimy na pola śniegowe, było jasne. W końcu znajdujemy się na wysokości ponad 2000 metrów, ale żeby od razu „sanki” zabierać? O ich przydatności przekonałam się przy schodzeniu ;) – ale i tutaj sobie poradziłam, używając własnych spodni na siedzeniu ;).

Wspinając się po morzu kamieni

Widok na Galdhopiggen ze szczytu Keilhaus topp

Widok na Keilhaus topp

Odpoczywam na szlaku :)

Pięliśmy się w naszym tempie dalej. Słońce, bezchmurne niebo, żadnego wiatru. Bajka. W końcu doszliśmy pod pierwszy szczyt, mijając po drodze kilka pól śniegowych. Szlak prowadził nieco pod szczytem wąską ścieżyną przez śnieg. Ten odcinek pokonywaliśmy dość ostrożnie. Było ślisko i stromo. A potem zejście. Po skałach. I kolejne podejście, tym razem na Keilhaus topp – 2355 m n.p.m., całe w śniegu, tylko na grani częściowo nagie skały, po których wspinali się ci, którzy uniknąć chcieli bieli. Ja wybrałam śnieg. I wtedy ostatecznie przekonałam się, po co te podkładki do ślizgania ;) Wejść to żadna sztuka, ale zejść – to co innego… Zjazd po śniegu to lepszy wariant. Ale póki co musieliśmy się wspinać. Udało się. Po dość żmudnym odcinku stanęliśmy na szczycie Keilhaus topp. Kolejny dwutysięcznik zdobyty! I już widać nasz właściwy szczyt – Galdhøpiggen. Jest na wyciągnięcie ręki… Jeszcze tylko trzeba zejść, po skałach, a potem już ostatnie podejście po białej puchowej pierzynce…. Jeszcze tylko, jeszcze tylko. Zeszliśmy i stanęliśmy przed białą ścianą. Ani jednej skały, ani jednego kamienia. Biało. Damy radę? Damy!

Ostatnie podejście na Galdhopiggen

Doszliśmy. Galdhøpiggen zdobyliśmy! A widoki – co Wam będę opowiadać. Sami zobaczcie.

Widok ze szczytu Galdhopiggen

Jotunheimen widziane ze szlaku na Galdhopiggen

Jotunheimen

Po krótkiej pauzie (na szczycie jest chata z małym sklepikiem, w którym dostaniecie m.in. ciepłą herbatę, ale otwarta bardzo krótko), ruszyliśmy w drogę powrotną. Z górki na pazurki – jak Yeti, szybko, prawie biegnąc po śniegu, a potem żmudnie i wolno po skałach. A tam, gdzie się dało, bez sanek, ale za to na tylnej części ciała po śniegu w dół. I jaka frajda przy tym!
Ale muszę Wam powiedzieć, że to zejście dało mi w kość. Byłam bardzo zmęczona pod koniec. Ale szczęśliwa, bo było pięknie! Wprawdzie wspinaczka zajęła nam o wiele dłużej niż przeciętnemu Norwegowi, ale czy to ważne? Ważne, że to była niesamowita fantastyczna wędrówka. A góry! Brak słów – po prostu cudne….A ja jak zawsze czuję się taka malutka w ich obliczu.

Na Galdhøpiggen prowadzi jeszcze inny szlak, przez lodowiec. Indywidualna wędrówka nie jest możliwa, tylko z przewodnikiem w grupach.

Szlak na Galdhopiggen po lodowcu

Jotunheimen - widok ze szlaku

Wędrówka po lodowcu na Galdhopiggen

Jeśli myślisz, że warto, możesz podać dalej....Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

13 Comments

  1. Wyprawa – marzenie!! :) Rzeczywiście widok ze szczytu powoduje, że serce szybciej bije… Kilka Twoich zdjęć stamtąd wygląda jak akwarele, coś pięknego!
    P.S. A takie wakacje w kamperze to marzą mi się od dawna :) To droga przyjemność w Norwegii?

    • Obiezyswiatka

      Dominiko, tak, cudnie było. To był jeden z kilku szczytów norweskich, na które weszliśmy.
      Dziękuję :)
      Wiesz, trudno mi odpowiedzieć, czy droga, bo jeździmy kamperem od 12 lat (mój mąż dłużej). Norwegię odwiedzamy regularnie – nam się tam na Północy niesamowicie podoba. W tym roku ponownie dojechaliśmy na Nordkapp, więc mamy za sobą ok. 9 tysięcy kilometrów. To się przekłada na benzynę, ale za to równoważy się z noclegiem. Jeśli chciałabyś dokładnie coś wiedzieć, to pisz proszę :)
      O.
      PS. Szkocję i jej wyspy też objechaliśmy kamperem :)

    • Dokładnie, niesamowita wyprawa :D Też bym się na taką wybrał :)

    • Jeśli mogę podpowiedzieć to nie droga Norwegia jak się ma swojego kampera albo przyczepę kempingową. Paliwo jest w takiej samej cenie jak w Polsce, a podpowiem jeszcze że w czwartki i w poniedziałki są promocje i paliwo jest tańsze o 2-3 korony to sporo. Tylko idzie dużo paliwa bo Norwegia długa strasznie i kręta, pola kempingowe nie są drogie, wszędzie dostępny jest prąd, woda… także to sama przyjemność podróżować w taki sposób :) my podróżujemy po Norwegii z przyczepa kempingową łatwiej dostać się w niektóre miejsca, a są już zakazy że nie można np. kamperami wjeżdżać jedno, które widziałam ostatnio to wjazd na Trolltungę.

  2. Widoki nieziemskie!
    Jeśli chodzi o zjeżdżanie po śniegu, to zgadzam się, że to wielka frajda i wygoda, ale jednak łączy się z ryzykiem. Kiedyś, zjeżdżając w ten sposób na śnieżnym polu pod Rysami, trafiłem na ukryty w sniegu kamień i mocno sobie stłukłem kość ogonową.

    • Obiezyswiatka

      Witaj Lechu,
      tak, ryzyko jest. Ja bym się nie zdecydowała na zjeżdżanie, gdyby śnieg był świeży. Tam przecież są wszędzie kamienie, a między nimi większe i mniejsze szczeliny. Obok jeszcze lodowiec. Ale to były wyrzeźbione rynny, nieduże, więc się dało. Rozwaga i rozsądek to obowiązkowi towarzysze.
      O.

  3. Biało dość ;) A sprzedawca w tej chatce na samym szczycie codziennie drepcze w górę i z powrotem? I to na kilka godzin? Taki to dopiero musi mieć kondycję ;)

    Lecę nadrabiać zaległości w czytaniu :)

    • Obiezyswiatka

      Ken.G, biało, ale ciepło było :)
      Wiesz, też się zastanawiałam, czy on tak codziennie. Ale chyba tak. Przypuszczam jednak, że chodzi tą krótszą drogą przez lodowiec. Ale głowy sobie za to uciąć nie dam.

      Dobrego tygodnia!
      O.

  4. pięknie i niesamowite zdjęcia.
    no a mnie nie udało się nawet zdobyć niedawno najwyższego szczytu Mazowsza! :-(

    • Er, hm, hm, chodzi Ci o Altanę? Następnym razem Ci uda :)
      O.

      • nie, nie, na Altanie byłem. o, tu:
        sadrzeczy.blogspot.com/2011/10/zdobycie-najwyzszej-gory.html
        :-)
        miałem na myśli historyczne Mazowsze. najwyższy wierch :-) jest koło Mławy.

  5. Tak to jeden z najdłuższych i najcięższych szlaków Norwegii nie mogę się tam wybrać bo chyba przeraża mnie ilość godzin :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *